Zostaw nam swojego @ a będziemy Cię na bieżąco informować o nowych artykułach oraz ciekawych wydarzeniach ze Świata Coachingu.


Obszary

Całkiem niedawno Polskę obiegł nagrany na potrzeby Komisji Europejskiej wywiad z Donaldem Tuskiem, który wzbudził ogromne emocje przede wszystkim ze względu na fakt, że były premier udzielił go po angielsku. „Tusk nauczył się angielskiego!” – czytałam potem w rozlicznych relacjach prasowych.

Jakoś tak wychodzi, że fakt przyzwoitego opanowania przez kogoś najpowszechniej obecnie używanego światowego języka ciągle jeszcze nas, Polaków, dziwi, zaskakuje, oszałamia. Moja czternastoletnia praktyka na rynku usług językowych pomaga mi zrozumieć dlaczego.

Niebywałe jest to, że w pojęciu większości lektorów i nauczycieli angielskiego niezmiennie pokutuje pomysł, że uczenie języka to przede wszystkim opowiadanie o gramatyce. Najczęściej, oczywiście, po polsku. W wyniku tego uczeń, student czy słuchacz uzyskuje szczegółową świadomość czasów, trybów i innych stron biernych, która skutecznie blokuje go przed otwarciem ust, kiedy przechodzień na ulicy pyta o drogę na dworzec. Gonitwa myśli usiłujących z gąszczu poznanych struktur wyłowić tę właściwą pochłania zbyt wiele energii, żeby cokolwiek powiedzieć. Trochę jakby początkującego pływaka zaznajamiać na sucho ze szczegółowym opisem ruchów każdego mięśnia podczas pływania, a potem wrzucić znienacka do wody.

Polak lub Polka są też wspaniale wyćwiczeni w przekonaniu, że znajomość języka równa się nie popełnianiu błędów, dzięki czemu ich głównym i najważniejszym zainteresowaniem w momentach, w których jednak odważą się wypuścić z ust jakąkolwiek wypowiedź będzie właśnie tropienie błędów. Biada nauczycielowi, który nie poprawia i nie krytykuje – to znaczy, że nie uczy naprawdę. Sparaliżowani strachem i wiecznie zawstydzeni, będą więc Polscy uczniowie konstruować niepewne komunikaty w pełnym napięcia oczekiwaniu na grad poprawek.

Polak lub Polka opuściwszy szkołę państwową jakiegoś tam szczebla, po ośmiu, dziesięciu czy nastu latach lekcji obowiązkowych, korepetycji i lektoratów poznali już zatem tajniki najbardziej złożonych struktur gramatycznych, wykuli tysiące słów, przetłumaczyli setki mniej lub bardziej sensownych czytanek. Większość z nich ma już przekonanie o braku „talentu językowego” i totalną blokadę w mówieniu oraz idealnie wykształconego wewnętrznego krytyka skorego wypomnieć i wyśmiać każde potknięcie. Większość z nich kojarzy już naukę języka ze stresem, tysiącami kserówek pełnych ćwiczeń typu „uzupełnij luki”, sztucznymi dialogami z kursowych podręczników i kolumnami słówek do wykucia. Większość z nich myśli też sobie „to wstyd nie znać dziś angielskiego”, więc zapisuje się na kurs do prestiżowej szkoły językowej za jedyne xx zł (byleby nie za dużo, najlepiej, żeby nie wychodziło więcej niż 10 zł za lekcję w dziesięcioosobowej grupie) lub wykupuje korepetycje u studentki filologii (wiadomo, studentka to zawsze taniej, a zawsze warto przyoszczędzić parę złotych).

Najbardziej prestiżowe szkoły językowe to oczywiście te, które są największe i najdłużej działają na rynku – przez lata funkcjonowania zdążyły się już zamienić w minikorporacje zatrudniające za kilka złotych za godzinę coraz gorzej przygotowanych lektorów, których najważniejszym obowiązkiem jest regularne wypełnianie raportów. Podręcznik, numer strony, data, podpis – to skontroluje metodyk czy Director of Studies, za to firma wypłaci "kesz". Będzie też pięciominutowa hospitacja raz na semestr – tak zwana kontrola jakości. Zresztą – wszystko jasne. Ceny na rynku trzymają się na tym samym poziomie od lat – angielski to żaden tam luksus, wszyscy go przecież znają, podaż lektorów z dyplomami różnistych filologii i lingwistyk rośnie. Rosną też w siłę językowe "McDonaldy" – tanie, szybkie i byle jakie.

Jednocześnie coraz częściej pojawia się gdzieś w przestrzeni hasło coachingu językowego, którego główne założenia brzmią na przykład tak: A gdyby tak z nauki angielskiego uczynić prawdziwą sztukę opartą na relacji międzyludzkiej? Podążając za najnowszymi odkryciami neurobiologii bazować na żywych interakcjach, układać zajęcia wyłącznie pod potrzeby konkretnych słuchaczy, zapraszać ich do rozmów o sprawach, które ich emocjonalnie dotykają. A gdyby tak nauczanie zaczynać od stworzenia atmosfery życzliwości, otwartości i przyzwolenia na potknięcia bez których nauka nie zachodzi? Gdyby zamiast monitorowania i raportowania zadbać o zadowolenie szkolonych i szkolących? Gdyby pozwolić uczącym się mówić „nie wiem”, ciesząc się, że to krótkie stwierdzenie otwiera przestrzeń na poznanie nowego? Gdyby tak sprawić, że język to jedynie środek umożliwiający wymianę obserwacji i doświadczeń, a każde spotkanie uczynić celebracją sztuki rozmowy, na którą tak często brak czasu na co dzień?

Coaching językowy jest potrzebny pojedynczym użytkownikom zmęczonym latami żmudnych i bezowocnych działań i całej Polsce, otwierającej się przecież z takim impetem na współpracę ze światem. Po to żeby tysiące złotych inwestowane w naukę języków nie tylko napędzały ten ciągle rozwijający się rynek, ale też realnie wzmacniały nasze zasoby ludzkie. Po to żeby Polacy wreszcie zaczęli się cieszyć i prawdziwie korzystać ze swoich kompetencji językowych. Po to, żeby odczarować sam proces uczenia się, zamieniając go z orki na ugorze na fascynującą podróż pozwalającą odkrywać kolejne zasoby i możliwości.

Anna Szapert
Language Coach
http://ninedots.pl/
 
 
 

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies.