Zostaw nam swojego @ a będziemy Cię na bieżąco informować o nowych artykułach oraz ciekawych wydarzeniach ze Świata Coachingu.

Wiosenne popołudnie przedziera się niczym łaszący się kotek o miękkim lśniącym futerku do mojej białej - zwanej szpitalną przez tych, którzy nie doświadczyli artecoachingu - sali na warszawskiej Saskiej Kępie. Wiosenne popołudnie oświetla ją i koloruje wciskając poświatę rozhuśtanej już majowo zieleni. I dokładnie o to chodzi - po to jest taka surowa, by było miejsce na powietrze i kolory z zewnątrz. A także kolory płynące z serc i umysłów uczestników zajęć, które oni sami odkryją w procesie - by były na tym białym tle jeszcze bardziej widoczne i kusiły refleksją. I tak się dzieje. Nie może być inaczej - wszak kilka metrów od nas, na przeciwko, okno w okno, klamka w klamkę, stoi dom, na którym widnieje kuty napis ozdobiony nutami "To był maj, pachniała Saska Kępa.. W tym domu żyła i tworzyła Agnieszka Osiecka"...
 A co dokładnie wydarzy się tym razem?
  
     Do każdego "arte-scenariusza" przygotowuję się myśląc intensywnie o ewaluacji. Inaczej mierzy się efektywność w szkoleniach, inaczej w coachingu - ale arteterapia to całkiem inna para kaloszy. Jest metodą pracy znakomitą i efektywną, porywająco skuteczną - ale niekoniecznie natychmiast. Efekt arteterapii, to ta flara, która odpali ci się na ramieniu nie wiadomo kiedy. Może jeszcze w trakcie zajęć, a może za parę tygodni, miesięcy. I wtedy powiesz - o, to jest ta sprawa, to jest ta myśl!... I nie musisz jej nawet wiązać z zajęciami, bo ta flara wykwitła niczym kwiat, gdzieś pomiędzy Twoją świadomością i podświadomością. Zapisana w pamięci, jako doświadczenie z artecoachingu, odpali się kiedyś, jako pomysł, idea, rozwiązanie problemu - Twoja eureka.
 
   Nie inaczej było tym razem, tamtego maja, kilka lat temu. Dumając nad programem spotkania artecoachingowego - dumam obowiązkowo jednocześnie nad mierzalnością jego efektu. Na ten dzień, jak zwykle spreparowałam w moim umysłowym laboratorium mieszankę postępowań coacha, arteterapeuty i trenera, oczekując rezultatu jak chemik - w goglach i gumowych rękawicach. Co się wydarzy?
   
   A więc ta biała sala, te zielone gałęzie wchodzące w pokój, to ostre słońce rozpieszczające do granic możliwości jeszcze kompletnie ubranych warszawiaków, obiecujące słodki lukier lata już niedługo. Moja kilkuosobowa grupa jest już w komplecie i właściwie się nie rusza. Patrzę z niedowierzaniem na tę zwykle rozbrykaną i stęsknioną za sobą grupkę, (bo spotykają się ze mną w tym gronie regularnie). Prawie zastygli w tym anturażu - jak lud Pompejów czy Mieszczanie z Calais - bo w środku jeszcze trochę grzeje prawdziwy kaflowy piec ustawiony "na jedynkę", a przez otwarty balkon i okna wchodzi nam pewnym kocim krokiem przez korony drzew - niezależny maj. Tak tu jest - na Kępie. A moi klienci wykładają się na stole niczym uczniowie na szkolnej ławie, przytulając się do blatu, który jak zwykle wyłożyłam tekstylną intensywnie zieloną miękką trawą...
Zaczynamy za chwilę, a ja zastanawiam się pośpiesznie, czy nie zmienić programu na bardziej relaksujący i spokojny, skierowany na mniej głęboką refleksję niż zaplanowałam. Żal nie wykorzystać tego nastroju, warto by uczestnicy zachowali go w sercu, jako wspomnienie tego boskiego czasu, osobistego treningu zmiksowanego z boskim czasem seksownie miauczącego maja, które właśnie w tej chwili mieszają blenderem własnego pomysłu...  
Ale ja też już mam pomysł. Bo ja też mam swój blender. Skoro "wykładają" się na stół niczym karty - pociągnę tę metaforę. Zrealizuję przygotowany trening, na który przyszli, pomieszam jak zwykle arteterapię z coachingiem, zapiekę i podam z majowym sosem. Co się wydarzy?

    Dziś, po latach, już nie pamiętam dokładnie tamtego scenariusza zajęć, ale zachowałam w pamięci niezwykle pouczający przykład "gromu", który z - naprawdę tego dnia - jasnego nieba przyszedł wtedy wprost do naszej majowej sali, by zagnieździć się we mnie na stałe.
   
    Pracowaliśmy nad mapami naszych życiowych błędów. Każdy na dużej kartce wymalował całe swoje życie, łącząc ważne dla niego elementy za pomocą dróg: autostrad, ekspresowych, trzeciorzędnych, polnych, a także tych ślepych i tych w budowie. Na trasach ustawiał znaki, radary i objazdy. Na mapy zostały nałożone folie, na których foliopisami różnej grubości rysowało się drugą wersję mapy - z pozycji tu i teraz, by móc następnie z folią i bez analizować mapę. Dzieło miało przypominać popularne wśród turystów - np. we Włoszech - albumy z zabytkami, gdzie kartki ze zdjęciami antycznych ruin przełożone są zadrukowaną folią z rysunkiem budowli w czasach rozkwitu.
Najpoważniejszy moment tego zadania to moje polecenie: A TERAZ NANIEŚ SWOJE ŻYCIOWE BŁĘDY.
  
     Przygotowani serią wcześniejszych ćwiczeń oraz dyskusją do tak poważnego i głęboko ingerującego w psychikę zadania, uczestnicy zabrali się od razu do działania. Z wyjątkiem jednej osoby. Pani A. nie tylko nie rozpoczęła swojej pracy, ale też zaczęła po chwili głośno o tym mówić. Że jej się nie chce. Ona nie wie. Ona nie rozumie. Jej za gorąco. Jej za chłodno. Ona by coś teraz zjadła. Ona nie widzi sensu tego rysowania. Ona w ogóle nie może przestać gadać i przeszkadzać.
No i zaczęło się - najpierw pojedyncze osoby, w końcu cała grupa: cmokanie, przewracanie oczami, odwracanie głowy, miny i ta cała gama gestów manifestujących niezadowolenie, oburzenie i niechęć całej grupy wobec osoby, która przeszkadza. Zaś A. rozwijała się z minuty na minutę coraz bardziej - a może ona pochodzi, a może ona opowie żarcik, a może teraz pokaże nam coś w telefonie... Co się wydarzy?!
   
   Trener jest odpowiedzialny za to, co mogą przynieść kolejne minuty takich zdarzeń. Już dawno zniknął mi sprzed oczu majowy sexy kotek stąpający po liściach drzew i zaglądający do nas przez okna. Już prysł nastrój pogody i byłam maksymalnie skoncentrowana na tym, co się w duszach moich klientów gra, na procesie. A teraz moim zadaniem było ten proces ratować.

To arteterapia jest!
To coaching jest!

Zdobyłam szybko pewność, że wszyscy sobie radzą i zdecydowałam się pracować z A. indywidualnie. Wytłumaczenie, przykład, dalsze tłumaczenie zadania, przykład, słowo od siebie i słowo cytowane, szeptem, cichutko by nie przeszkadzać, jeszcze jeden przykład... i w końcu mój błagalny wzrok: jasne? Odpowiedź: no niby jasne, ale, po co to, A. tego nie wykona. Włożyłam w te kilka minut mnóstwo pary, wiedząc, że wysysam sama z własnych baterii ile się da, więc zrobiło mi się po prostu przykro, że to na nic. Czułam bowiem podskórnie, że osoba, która tak bardzo chce zwrócić na siebie uwagę, tak bardzo nagle absorbuje otoczenie, przeszkadza, próbując skupić uwagę dosłownie wszystkich na sobie - nie wykonuje takiego ćwiczenia ot tak po prostu, „bo nie". No ale cóż, przecież umówiliśmy się na początku, że można wyjść, ze można czegoś nie zrobić, że można odlecieć mentalnie "gdzieś indziej", wyskoczyć na chwilę z procesu, by potem wrócić kimś innym. Takie jest prawo moich scenariuszy treningów "komunikacji przez sztukę". A ja się muszę zająć całą grupą.
  
   Wreszcie omówiliśmy wszystkie prace, ktoś otarł łzę, ktoś złapał się za głowę, ktoś podziękował i pognał biegiem w ten maj modelować swoje życie. Ludzie doświadczyli zmiany. Ludzie dotknęli najwspanialszego stanu, jaki myślącej istocie może się przytrafić: poczucia możliwości dokonania zmiany. Doświadczyli tego, że mają wpływ. Doświadczyli tego, że mają moc działania i zmieniania. Ci, którzy zlokalizowali tę moc w swoim "teraz" - jeszcze tego samego dnia mieli pomysły, idee, które może niebawem mieli wcielać w życie, w swój real. Poznali, czym jest radość zadawania pytania - co się wydarzy? - gdy ma się na to świadomy wpływ, gdy czujemy możliwość korzystania ze wszystkich swoich zasobów, by oddziaływać. Tamten scenariusz artecoachingowy w majowym sosie, zasmakował wszystkim - oprócz jednej osoby...
    
Po kilku tygodniach A. skontaktowała się ze mną, by przeprosić i wyjaśnić:
- Wiesz, ja wtedy wpadłam w panikę, że ja nie widzę w swoim życiu żadnych błędów. A może raczej... nie widziałam do dnia tych zajęć.
Trochę mnie zatkało, ale przycisnęłam słuchawkę do ucha jeszcze mocniej, jakby od tego moje uszy miały to słyszeć na własne uszy jeszcze lepiej.
Okazało się, że ta kobieta skorzystała z tych zajęć w szczególny sposób. Refleksja na temat braku popełnianych błędów przerodziła się w zdenerwowanie, a potem rozpacz. Pięćdziesięciolatka zdiagnozowała się następująco: żyłam w ułudzie, że jest dobrze i wszystkie moje wybory były dobre, a teraz myślę, co ja najlepszego zrobiłam ze swoim życiem?
Pani A. już wracając do domu tamtego dnia z Saskiej Kępy, usiłowała przypomnieć sobie, czy ma w domu folię i choć ze dwa markery. Nazajutrz nie mogła wysiedzieć w pracy, bo myślała o zakupach. Kupiła identyczny karton, identyczną folię, identyczne przybory do malowania i foliopisy - jak na artecoachingu.
Długo wyczekiwała dnia, w którym miała być sama w domu i pewność, że nie zapuka nagle sąsiadka, nie zadzwoni syn, mąż nie wróci się po klucze, że może być tylko sama ze sobą dłuższy czas. Aż nadszedł dzień rozbrojenia miny. Niczym ten majowy kot, zakradła się do siebie samej, do samego środka, do swojej pamięci, by wygrzebać z niej wszystkie błędy. Stworzyła mapę ze wszystkimi drogami zamkniętymi, ślepymi i szybkiego ruchu, otwierając na ich przekaz swój umysł podczas procesu twórczego - dokładnie tak, jak sugeruje to gotowemu człowiekowi arteterapia. Płakała cały dzień i wieczór. I jeszcze jakiś czas. A potem zadzwoniła do mnie. Zuch! I to był czas na... coaching.
  
    To wydarzenie stało się dla mnie gromem z jasnego nieba rażącego mnie wprost w serce i wprost w rozum. Mnie także odpaliła się flara, która wciąż płonie żywym ogniem i dymi na kolorowo - od tych wydarzeń wiem więcej o ewaluacji i jestem kimś innym. Ja także doświadczyłam wtedy zmiany - jestem już dużo dużo dalej. Nie tylko w mierzalności efektów artecoachingu.
  
    A majowy sexy kotek... przybywa co roku i przypomniał mi się niedawno we śnie. No tak. Maj przyszedł, a wraz z nim kocim krokiem podchodzą refleksje... Co się wydarzy?







Agnieszka Nadstawna

Trener inteligencji emocjonalnej, arteterapeuta, coach kreatywności. A także felietonistka i pisarka.  
www.nadstawna.pl


Zdjęcia:

1.Komfortowo - podstawowa zasada artecoachingu

2.Wyłączanie jednego zmysłu wyostrza pozostałe - skuteczny zabieg artecoachingu

Nasza strona wykorzystuje pliki cookies.